|
|

Ogień jest żywiołem,
który człowiek potrafi wykorzystywać od tysiącleci. Człowiekowi zawsze
wydawało się, że skoro potrafi go wzniecić, to potrafi też nad nim
zapanować. Nic bardziej mylnego. Ogień zawsze pozostaje żywiołem - w
okamgnieniu zamienia wszystko w popiół.
W dawnych czasach, aby
rozpalić ognisko wykorzystywano prymitywne metody. Poprzez tarcie
kawałków drewna - twardego o bardziej miękki - uzyskiwano wysoką
temperaturę. Następnie, przykładając do rozgrzanego kawałka drewna nasmoloną
szmatkę, drobinę prochu, odpowiednio przygotowaną hubkę czy dobrze
wysuszoną, "tłustą" sosnową łuczynę, wzniecano ogień. Później wynaleziono
krzesiwo - kawałek
żelaza, którym, uderzając o krzemień, krzesano snopy iskier. I podobnie jak
przy tarciu dwóch kawałków drewna, iskry padały na łatwopalne podłoże, które
zajmowało się ogniem. Do rozpalania ognia, a także do oświetlania skromnych
chłopskich izb służyła smolna łuczyna. Wyłupywano ją z pnia starej
sosny. Nie była to jednak pierwsza lepsza
sosna, ale
wcześniej upatrzona i specjalnie przygotowana. Przy jej pniu rozpalano małe
ognisko i pilnowano, aby nie spłonęło całe drzewo. W miejscu opalonym przez
ogień powstawała rana, którą sosna starała się zaleczyć zalewając ją żywicą.
Zwykle już przy następnej wizycie w lesie można z niej było wyłupywać
("szczypać") smolne drzazgi czyli kawałki drzewa nasiąknięte żywicą. Do
takiej opalonej sosny wracano wielokrotnie, po kolejne kawałki łuczyny.
Zdarzało się, że na jednym drzewie zakładano dwa "wyżary", które znajdowały
się obok siebie lub po przeciwnych stronach jego pnia. Po wielu latach
takiej eksploatacji drzewa jego pień przy nasadzie był bardzo mocno podcięty
lub nawet wycięty na wylot. Taki sposób pozyskiwania łuczyny był szeroko
rozpowszechniony przez wiele lat i trudno się temu dziwić - zapałki były
wówczas bardzo drogie. Często był on jednak przyczyną zamierania drzew i
dlatego ponad sto lat temu zakazano robienia "wyżarów" i "szczypania"
łuczyny. W Puszczy do dziś, można jednak znaleźć sosny z dawnymi "wyżarami’’.
Pomimo tego, że w przeszłości zadano im ciężkie rany żyją i mają się dobrze
nawet przez wiele lat. Rany na pniu zabliźniają się i tylko uważny
obserwator wypatrzyć może zwęglone fragmenty i ślady po toporze. Także
dzisiaj, kiedy chcemy rozpalić ogień w piecu czy w kuchni chętnie sięgamy po
łuczynę. Wycina się ją jednak z karpiny - silnie przeżywiczonej
części pnia, która pozostaje po ściętej sośnie.
AK
|