NUMER 12

jesień - zima 2005


Witam, drodzy moi. Może jeszcze mnie nie znacie osobiście, ale na pewno nie raz o mnie słyszeliście. Mieszkałem kiedyś w domu za piecem, czasem na strychu. Chodziłem wszędzie, bo byłem w domu gospodarzem. Domownicy uważali mnie za członka rodziny, szanowali, radzili się, pytali o zgodę, karmili, ubierali. Byłem dla nich kimś więcej niż jednym z nich. Tak było kiedyś. Teraz w domach nie ma pieców, nie ma strychów (a jak są, to mieszkają na nich ludzie). Wypędzono mnie, zapomniano o mnie. Ludzie przestali we mnie wierzyć. Ale ja nadal istnieję. Mieszkam we wsi, w opuszczonej chacie, siedzę za piecem, choć nie jest to fajne, bo w piecu tym od lat nikt nie palił. Jest chłodno i głodno. Ubranko moje się podniszczyło. W starym kufrze znalazłem sobie jakiś ciuszek, ale to nie to.

Przepraszam, chyba się nie przedstawiłem. Nazywam się Nafania, jestem domowikiem – takim duszkiem, opiekunem domu i gospodarstwa. Kiedyś każdy dom miał swojego opiekuna, a raczej gospodarza, co to porządku pilnował i ludziom pomagał. Ludzie różnie nas nazywali: domowy, damawik, chatnik, kalitnik, podwórkowy, stajennik, czasem nazywano nas chochlikami albo skrzatami.  Niektórzy nazywali nas „nieczysta siła”. Przykro słyszeć takie słowa, bo żadne z nas „nieczyściki”, jesteśmy dobrymi duchami. Czasem, co prawda, uprzykrzamy ludziom życie, ale tylko wtedy, gdy nas zaniedbują, gdy nieład i kłótnie w domu, gdy gospodyni – brudaska, a gospodarz dwie „lewe” ręce ma.

Kiedyś to było życie! Mieszkałem w domu, gdzie było dużo ludzi – babcia, dziadek, ich syn i synowa, pięcioro dzieciaków. Wesoło było. Pamiętam, jak święta nadchodziły, to gospodynie szykowały stół świąteczny, a dla mnie zaściełały płótno białe od drzwi do stołu. To znak taki, że pamiętają o mnie, do stołu proszą. Miło było. Rodzinnie. W domu zawsze było wesoło, pogodnie, bo rodzina, co u mnie mieszkała była zwyczajna, wszyscy sobie pomagali. Porządek był i w domu, i w obejściu. Ja im też pomagałem. Pamiętam, jak babcia nie skończyła wełny prząść, to pomogłem, dziadek walonki naprawiał, to mu pomagałem, w obejściu porządku pilnowałem.

Paulina Gierasimiuk, Hajnówka

Krowom pomagałem się cielić, koniom skaleczone kopyta goiłem, psu rzepy wybierałem z sierści, koguta o świcie budziłem, by wschodu słońca nie zaspał. Kobietom kłócić się nie pozwalałem. Mężczyznom dobre rady podpowiadałem. Gdy dzieciaki były małe i kaprysiły przed snem, leciutko je głaskałem, dmuchałem cieplutkim podmuchem w potylicę, usypiałem. Nikt mnie nie widział, bo nie każdemu się pokazuję, ale wszyscy wiedzieli, że istnieję. Lubiłem sobie z dziadkiem pogadać. To był ciekawy człowiek! Tyle przeszedł, o tylu rzeczach wiedział. Z babcią nie gadałem, bo kobiety nigdy czasu nie mają.

Pamiętam, jak postanowili nowy dom wybudować. Pierwsze, co zrobili, zapytali mnie, czy warto i w którym miejscu stawiać. Sprytni byli. Nasypali zboża w kupki tam, gdzie planowali postawić chałupę i zostawili do mojej decyzji. Sprawdziłem miejsce (mam swój sposób). Dobre miejsce wybrali, więc porozrzucałem ziarno. Wybudowali chatę. Mnie jako pierwszego do niej zaprosili. Miłe to było. Co prawda, wolałem starą, ale ona poszła pod rozbiórkę, więc zgodziłem się przenieść. W nowym domu było dużo miejsca. Dla mnie zapiecek zrobili duży, bym miał wygodę. No i fajnie było. Potem dzieciaki wyrosły, do miasta wyjechały. Dziadek z babcią umarli, a ich syn z synową sami dziadkami się stali. Ale i tak jeszcze dobrze było. Dobrze, lecz krótko.

Dzieciaki z miasta wracać nie chciały. Rodziny pozakładały, pracę znalazły. W moim domu pozostali tylko: ja i staruszkowie. Ciężko im było. Dzieci do miasta chciały ich zabrać. Nawet raz pojechaliśmy wszyscy, tak na próbę. Ale po tygodniu wróciliśmy. Ja więcej do miasta nie pojadę. W mieście nie da się żyć. Tam przecież pieców nie ma. Są jakieś ohydne rury żelazne (które to ciepło dają nie wtedy, jak zimno, a wtedy, gdy termin grzania przyjdzie), jeszcze nazwę mają, że wymówić trudno – ka-lo-ry-fe-ry. Ohyda. I strychów nie ma. A najbardziej byłem zdziwiony, że w takim jednym wielkim domu mieszka kilkadziesiąt rodzin ze sobą nie spokrewnionych. Takie wielgachne chaty nazywają blokami. Szukałem w takim bloku domowika (no, bo jak jest dom, to musi być domowik). Znalazłem z trudem, ale w takim miejscu, gdzie domowik nigdy nie mieszkał – w piwnicy. Znalazłem, ale tak żal mi się zrobiło się tego gościa. Miał na imię Kuzia. Biedulka – wyglądał jak kłębek nerwów, na dodatek tak wychudzony, prawie goły, spał na denku po kartonowym opakowaniu, które u kota wywalczył. Jedzenie też kotom podbierał. To jest nie do pomyślenia, by domowik mieszkał w takich warunkach. I nie dziwię się, że w tym bloku cały czas jakieś problemy były – a to rura pęknie, a to dach przecieka, a to szczurów pełno. I swarki i zwadki. A wszystko dlatego, że o domowym zapomnieli, wierzyć przestali. Nie szanują, nie hołubią, a na jego głowie cały dom. Lata z góry na dół: pomaga, ostrzega, przypomina. Jak on jeszcze do tej pory na nogach się trzyma?!

Paulina Gierasimiuk, Hajnówka

Dziadek z babcią też niezbyt dobrze w mieście się czuli, więc wróciliśmy. Ciężko starym we wsi, ale lepiej niż w mieście. Po jakimś czasie dziadek i babcia odeszli, zostałem sam. Moją chatę sprzedali, ktoś z miasta ją kupił, remont zrobił, piece powyrzucał, kaloryfery pozakładał, strych zagospodarował, więc musiałem iść i szukać sobie nowego domu. No, i znalazłem. Choć zimny, ale taki, jak kiedyś. Może z czasem zamieszka w nim ktoś, kto piece zachowa. Może we mnie uwierzy, będziemy żyli w zgodzie. Może rodzinę założy i po dawnemu gospodarkę poprowadzi. Może, może, może…

Tymczasem planuję pojechać do miasta, do tego bloku, zabrać swojego przyjaciela Kuzię na wieś, by sił nabrał, nerwy uspokoił, po ludzku pożył.

A Wam chcę powiedzieć, drodzy moi, że i w Waszych domach są moi kuzyni. W każdym domu, w każdym bloku. I proszę Was, nie zaniedbujcie ich. Gdy będziecie pamiętać o swoich domowikach, szanować ich, to w Waszych domach zagości ład i porządek, zgoda i spokój.

NG

   

* Zima za pasem

PUSZCZYKOWE

WIEŚCI

* Sianokosy na Hwoźnej

* W labiryncie koryt rzecznych

   

ABC

OBSERWATORA

PRZYRODY

   

* Tajemnice świerka pospolitego

* Bezkręgowce też potrzebują
    martwych drzew

* O wędrówkach roślin

* Zimowi goście

   

Z KUFERKA

BABUNI

   

* Najważniejszy mieszkaniec
    domu

   

LEGENDY,

GAWĘDY,

WIERSZE

   

* Wężowa wdzięczność

   

* OGŁASZAMY KONKURS!!!

   

* Rozstrzygnięcie wakacyjnego
    konkursu

* Kącik literacki

   

RUSZ GŁOWĄ

   

Z GŁOWY MĄDREJ SOWY

   

PUSZCZYKOWA GALERIA

   

Napisz do "Puszczyka"


K s i ę g a   G o ś c i

   

zobacz księgę gości

dopisz się do księgi

Zapraszamy
do wpisywania się
do "Księgi gości"

 

Adres redakcji:

Białowieski Park Narodowy

17-230 Białowieża

Park Pałacowy 11

z dopiskiem "PUSZCZYK"

tel. 0-85 682-9717

http://www.bpn.com.pl/puszczyk.htm


Powrót do strony

Białowieskiego

Parku Narodowego

   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   

 

 


©  Białowieski  Park  Narodowy